Wreszcie bezpieczniejsi

Wreszcie bezpieczniejsi

Wiadomość o tym, że jestem w ciąży, była dla nas najwspanialszą chwilą w życiu. Oczekiwanie na dziecko, każde USG, każde usłyszenie bicia serduszka – BEZCENNE.

Tak dbaliśmy o tego maluszka. Ciągłe wizyty u lekarzy – pełna kontrola. Poród przebiegł jednak inaczej niż oczekiwaliśmy. Przez zaniedbania peersonelu jednego z warszawskich szpitali – nasz promyk szczęścia zgasł.

21.12.2009 r. długi poród, trzykrotnie spadające tętno dziecka i brak pomocy ze strony lekarzy i położnych, sprawił, że nasze dziecko urodziło się praktycznie martwe. Za późno zrobiono mi cesarskie cięcie.

Maluszka reanimowano i podłączono do respiratora. O wszystkim co się działo z synkiem, dowiedziałam się dopiero rano. Tej chwili nigdy nie zapomnę.

Pani doktor z oddziału patologii noworodka spytała, czy chcę ochrzcić dziecko, bo jest w stanie krytycznym i nie wiadomo, czy przeżyje dzień. To ugodziło mnie prosto w serce.

Wylaliśmy z mężem wiele łez. Codzienne wizyty w szpitalu, potem w Centrum Zdrowia Dziecka. Okropnie było patrzeć, jacy jesteśmy bezsilni i że nie możemy pomóc naszemu dziecku.

Wiadomość, że Ksawery jest nieuleczalnie chory spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Zamartwica urodzeniowa – ta nazwa była dla nas niezrozumiała. Uszkodzenia okołoporodowe doprowadziły mózg synka do ruiny.

Najgorsza była dla nas wiadomość, że musimy przejść pod opiekę hospicjum. To miejsce tak źle się kojarzy. Na początku oprócz ogromnego bólu i złości, byliśmy przerażeni. Nie chcieliśmy tego – nie wiedzieliśmy, czy podołamy.

Powoli uczono nas odsysania. Potem przyszedł czas na założenie sondy i karmienie przez nią małego. Każda czynność doprowadzała nas do łez. Do głowy przychodziły różne myśli, ale ta jedna przejęła władzę nad innymi – to nasze dziecko.

Potem poznaliśmy dr. Zielińskiego i piel. Jolę Słodownik. To oni wprowadzili nas w świat Hospicjum. Pomogli w załatwieniu zabiegu założenia gastrostomii i pierwszych dniach domowej opieki.

Wszystko zaczęło się inaczej układać. Od kiedy Hospicjum otoczyło nas swoją opieką, poczuliśmy się jak w wielkiej rodzinie. Codzienne telefony – to poczucie bezpieczeństwa, które stało się ulgą w naszym cierpieniu.

Każdy dzień przynosi nam nową naukę i inne spojrzenie na świat. Wiemy, że teraz nie da się nic zaplanować, bo każdy dzień może przynieść nam wielką tragedię. Wróciłam do pracy a mój mąż Rafał został z Ksawerym. Najważniejsze jest to, że mamy siebie i ludzi, którzy w każdej chwili niepewności i zwątpienia, są w stanie nam pomóc, niezależnie od dnia i godziny. A to teraz jest najważniejsze - aby czuć się bezpiecznie.

Dziękujemy!
Aneta i Rafał
Rodzice Ksawerego

Warszawskie Hospicjum dla Dzieci
opiekuje się Ksawerym od marca 2010 r.

Informator "Hospicjum", nr 52, czerwiec 2010