Przekaż
Datek

Będziemy walczyć o nasze marzenia

Będziemy walczyć o nasze marzenia

Wywiad z Klaudią i Adrianem (grupa wsparcia Warszawskiego Hospicjum Perinatalnego).

Beata Biały: Uczestniczyli państwo w spotkaniach grupy wsparcia naszego hospicjum perinatalnego. Ale są państwo o tyle nietypowymi członkami tej grupy, że nie byli państwo pod opieką naszego hospicjum. Dlatego może zacznijmy trochę od końca. Jak trafili państwo do grupy Pauliny [Paulina Kowacka, psycholog WHD – przyp. red.]?

Klaudia: Straciliśmy dziecko. Byłam w depresji. Nie byłam już w stanie normalnie funkcjonować. Tak naprawdę to była inicjatywa męża. Adrian stwierdził, że im wcześniej sięgniemy po jakąś pomoc, tym lepiej. Szukał możliwości wsparcia…

Adrian: Powiem pani szczerze, że jestem raczej osobą, która szuka rozwiązań. Nie pozostaję w stagnacji, ale działam. Wiedziałem, że jakoś musimy przetrwać. Dużo czytałem, co się robi w takiej sytuacji, jakie są fazy żałoby… Być może, już samo szukanie jest sposobem na radzenie sobie z bólem. Postanowiłem się „okopać” i walczyć. No i powoli nabierać nadziei. Żona była w znacznie gorszym stanie psychicznym ode mnie, więc wiedziałem, że działanie muszę wziąć na siebie. Zacząłem od poradni psychologicznych. Pisałem do różnych fundacji, próbowałem umawiać żonę na spotkania. Ostatecznie jednak, do żadnego z tych spotkań nie doszło, poza jednym – z Pauliną.

Spotkaliście się twarzą w twarz?

Adrian: Najpierw rozmawialiśmy przez telefon. Numer znalazłem w sieci. Spytaliśmy Paulinę, czy może nam pomóc. Potem spotkaliśmy się online. Paulina zaprosiła nas na spotkanie grupy wsparcia. Tak się złożyło, że akurat w tym momencie dołączyła para, która właśnie straciła dziecko…

Klaudia: Dla mnie to było bardzo trudne, bo spotkanie miało miejsce krótko po śmierci synka, upłynęły dwa lub trzy tygodnie. Ważna była dla mnie świadomość, że możemy się nie odzywać. Nie robić niczego na siłę.

Adrian: Paulina stworzyła atmosferę ciepła i wsparcia. Powiedziała, że możemy przez całe spotkanie milczeć, do niczego nie jesteśmy zobowiązani. Nie ma jednego wzorca, którego trzeba się trzymać. W grupie są różne pary, z różnymi historiami. I faktycznie, na początku nic nie mówiliśmy…

Klaudia: Tak, ja nawet postanowiłam, że nie będę się odzywać. Jednak kiedy wysłuchałam przeżyć innych par, zrozumiałam, że nie tylko my doświadczyliśmy tak bolesnej tragedii. Może to głupie, co powiem, ale poczułam ulgę. Każda historia jest inna, ale miałam poczucie, że ktoś mnie wreszcie rozumie. Wszyscy wkoło mówili, że wiedzą, co czujemy, ale oni tego nie przeżyli. Zrozumie tylko ten, kto przez to przeszedł.

Adrian: Poza tym, nawet ludzie życzliwi zachowywali się bardzo różnie. Niektórzy mówili, że wszystko będzie dobrze. Inni, że mamy w niebie aniołka, który jest już szczęśliwy. A ja myślałem: jakie dobrze?! Przecież przeżywamy tragedię! I co to znaczy, że jest szczęśliwy?! Oni wszyscy chcieli pomóc, ale tak naprawdę nie wiedzieli jak. Między innymi dlatego szukałem psychologa. Bo pomyślałem, że ktoś doświadczony będzie umiał naprawdę pomóc.

O grupie wsparcia jeszcze porozmawiamy, ale może wróćmy teraz do samego początku – jak doszło do śmierci państwa synka, Aleksandra?

Klaudia: Blisko rok staraliśmy się o dziecko. I gdy okazało się wreszcie, że będziemy rodzicami, ogromnie się ucieszyliśmy.

Adrian: Żeby pani zrozumiała, jak to było dla nas ważne, muszę zaznaczyć, że dla nas obojga rodzina to największa wartość na świecie. Dlatego oczekiwanie na dziecko to był wspaniały czas. Budowaliśmy rodzinę!

Klaudia: Może warto podkreślić, że to był czas pandemii. Mąż nie mógł być obecny podczas badań USG. Te chwile, gdy widziałam na ekranie nasze dziecko, były bardzo wzruszające, ale nie mogłam ich dzielić z mężem. Nagrywałam filmiki, ale to jednak nie to samo… Wyniki badań były zawsze prawidłowe – mieliśmy zdrowe dziecko. Nie było żadnych podejrzeń, żadnych sygnałów, że coś jest nie tak. Ciąża idealna!

Adrian: Jeśli zdarzały się jakieś niepokojące objawy, na przykład Klaudia czuła się bardzo osłabiona, zawsze to zgłaszaliśmy. Wiadomo, pierwsza ciąża, brak doświadczenia – byliśmy czujni.

Klaudia: Wszystko zapisywałam w telefonie i przekazywałam lekarzowi. Czułam, że jestem w dobrych rękach i wszystko jest pod kontrolą. Do czasu… Pamiętam, byliśmy na imieninach. Żadna wielka impreza, skromne, rodzinne przyjęcie. Tego dnia czułam ruchy dziecka. Ale następnego dnia już nie. Co ciekawe, były takie bodźce, po których byliśmy pewni, że dziecko się poruszy, np. przy piciu kakao. To były radosne chwile, bo budowały naszą więź z Olusiem, bardzo się nimi cieszyliśmy. Tym razem jednak dziecko się nie ruszało. Zaczęłam się niepokoić, ale wszyscy uspokajali – mama, mąż.

Nie mieli państwo powodów się niepokoić…

Adrian: No właśnie! Ale żona należy do osób bardzo emocjonalnych, które starają się przewidywać negatywne scenariusze.

Klaudia: Jestem po prostu przezorna. Wolę być pewna, co się dzieje. Dlatego zapisałam się na wizytę u ginekologa. Poszłam, żeby się uspokoić, upewnić, że z dzieckiem wszystko w porządku. Pani doktor na początku była dosyć niemiła. Spytała, po co właściwie przyszłam. Wyjaśniłam, że nie czuję ruchów dziecka. Kazała mi się położyć, wylała żel na mój brzuch i… To były najgorsze minuty w moim życiu. Pani doktor nagle zamilkła. To milczenie trwało wieczność. Zaczęłam się dopytywać, czemu nic nie mówi. A ona pokiwała głową i powiedziała, że „nie widzi ruchów dziecka, co gorsza, aparat nie rejestruje bicia serca... synek odszedł… nie żyje”. Czułam się, jakby to był jakiś film, a nie moje życie. Koszmar! Pani ginekolog kazała mi jechać do szpitala. Zadzwoniłam do męża i pojechaliśmy na Żwirki-Wigury. Tam mnie zbadano i potwierdzono, że nasze dziecko nie żyje. Powiedziano mi, że „jeszcze dziś muszę je urodzić”.

To musiał być straszny cios, tym bardziej, że zupełnie niespodziewany.

Klaudia: Nie mogłam w to uwierzyć. W głowie kłębiły mi się pytania: Jak to się stało? Dlaczego ja? Co zrobiłam nie tak? Lekarz i położna przeprowadzili ze mną krótki wywiad. Przedstawili mi, jak będzie wyglądał poród. Doradzali poród naturalny i obiecali, że zrobią wszystko, żeby ból był jak najmniejszy. Ja myślałam nie tyle o bólu fizycznym, ile o tym, że muszę urodzić martwe dziecko. Położna zadawała mi wiele pytań. Na przykład, czy chcę, by mówiła o dziecku w formie osobowej, używając imienia. Albo czy będę chciała je zobaczyć. Czy chcę rodzić ze znieczuleniem czy bez. Czy chcę się pożegnać z dzieckiem. Czy chcę je pochować… Kompletnie nie byłam na to gotowa. Do tego trzeba było wypełnić mnóstwo papierów. A ja czułam się jak ogłuszona.

Adrian: Teraz, gdy o tym myślę, to ta cała biurokracja wydaje się dosyć rozsądna. Wiadomo, że trzeba te wszystkie decyzje podjąć. Tylko pytanie, jak to powinno zostać zrobione.

Trudno mi to sobie nawet wyobrazić. Pan był przy tym obecny?

Adrian: Była pandemia! Ciężko mi było dostać się do żony. Gdyby była sama, załamałaby się. Musiałem z nią być, zapewnić, że mimo wszystko mamy siebie nawzajem, jesteśmy razem, mamy przed sobą przyszłość. Dziękujemy dyrekcji szpitala, że wydała pozwolenie na moją obecność. W takich chwilach empatia jest ważniejsza niż bezduszny przepis.

Poza wszystkim, te decyzje, o których pani wspominała, powinniście chyba państwo byli podjąć razem. Trudno oczekiwać, by kobieta w takiej sytuacji mogła sama i w pełni świadomie decydować o tak delikatnych kwestiach…

Adrian: Jak najbardziej! Nawiasem mówiąc, już na tym etapie przydałoby się wsparcie psychologa.

Klaudia: Ale wtedy jeszcze go nie dostałam. Dopiero dzień po porodzie przyszła do mnie pani, która przeprowadziła ze mną rozmowę. Natomiast lekarze i pielęgniarki bardzo starali się pomóc. Dawali mi czas, nie pospieszali, nie wywierali żadnej presji. Tłumaczyli cierpliwie, co się będzie działo. Mimo to, nie wyobrażam sobie, żeby nie było ze mną męża. Dostaliśmy też ogromne wsparcie od bliskich…

Adrian: Obie nasze rodziny stały pod szpitalem, mimo że było bardzo zimno.[Narodziny synka Klaudii i Adriana miały miejsce w październiku 2020 r. – przyp. red.]

Klaudia: Patrzyłam na nich przez okno i – może to dziwne, co powiem – ale czułam, że jakoś ich zawiodłam.

Czuła się pani winna?

Klaudia: Tak… To był już 29. tydzień. Wszyscy się cieszyli, kupowali ubranka… To chyba nieuniknione, że kobieta w takiej sytuacji myśli: nie dopilnowałam czegoś, coś zaniedbałam. Teraz patrzę na to inaczej, ale wtedy nie mogłam się pozbyć tego poczucia winy.

Adrian: A ja cierpiałem, patrząc, jak żona to przeżywa. I starałem się odwracać jej uwagę, mówić, że przeżyjemy to razem, że damy sobie radę.

A wracając na chwilę do tych decyzji, o których państwo mówili, co państwo zdecydowali?

Klaudia: Może najpierw powiem, że w ogóle nie byłam przygotowana na to, jak wygląda poród, na towarzyszący mu ból.

Adrian: Zwykle rodzenie dziecka, choć bolesne, rodzi pozytywne emocje, bo przyjście dziecka na świat rekompensuje całe to cierpienie. My nie mogliśmy tej pociechy doświadczyć. Dlatego to było takie trudne.

Klaudia: Wracając do tych decyzji… Znaliśmy już wcześniej płeć dziecka, wiedzieliśmy, że to będzie chłopiec, ale nie wybraliśmy jeszcze imienia – wahaliśmy się między Aleksandrem a Kubą. Kiedy urodziłam, położna od razu zabrała dziecko. Wróciła, gdy już urodziłam łożysko, i spytała, czy chcemy się pożegnać z dzieciątkiem.

Adrian: Na początku nie byłem tego pewny. Patrzyłem na cierpienie żony i czułem nawet negatywne emocje w stosunku do dziecka. Teraz się tego wstydzę, ale tak było. I myślę, że trzeba być dla siebie wyrozumiałym, bo w takiej chwili targają nami różne emocje. Dla mnie najważniejsza była żona, wiedziałem, że dziecko już nie żyje, a ona mogła ponieść uszczerbek na zdrowiu. Sądziłem, że może lepiej by było nie rozdrapywać tej rany. Uważałem, że im szybciej zaczniemy patrzeć przed siebie, tym lepiej.

Klaudia: To ja podjęłam decyzję, by pożegnać się z dzieckiem. Położna przyniosła Aleksandra. To był jeden z tych momentów, na które nie jesteśmy w stanie się przygotować. Wzięłam go na ręce, przytuliłam do piersi, poczułam. Gdybym mogła usłyszeć jego płacz, to byłaby najpiękniejsza chwila w moim życiu. Oboje z mężem wpatrywaliśmy się w malutkie paluszki i ciałko naszego aniołka. To było bardzo trudne przeżycie. Pomimo wielkiego smutku stałam się matką Aleksandra. Zostaliśmy rodzicami.

Adrian: I wie pani? W tym momencie moje podejście kompletnie się zmieniło! To pożegnanie mogłoby trwać w nieskończoność. Zresztą personel szpitala dał nam tyle czasu, ile tylko chcieliśmy. Podzielę się jeszcze jednym, bo to może być ważne dla par, które będą w podobnej sytuacji. Kiedy się żegnaliśmy, zrobiliśmy zdjęcia. Wcześniej było to dla mnie nie do pomyślenia. Sądziłem, że takie pamiątki są bez sensu, że im wcześniej się zapomni, tym lepiej. Teraz wiem, że wręcz przeciwnie.

Klaudia: To jest cząstka naszego życia. Mam zdjęcie naszego synka w telefonie. Nie chcę o nim zapomnieć. Chodzimy na cmentarz (podjęliśmy decyzję, że go pochowamy) i wspominamy. Teraz oczekujemy narodzin drugiego dziecka, też synka, ale to nie znaczy, że chcemy wymazać z życia nasze pierwsze dziecko.

Zaszła pani w ciążę niedługo po śmierci pierwszego synka. To była świadoma decyzja?

Klaudia: Mnie na początku najbardziej dręczyło pytanie, dlaczego nasz synek zmarł. Byłam na granicy histerii. Robiłam mnóstwo badań. Cały czas opiekowała się nami rodzina i zaczęliśmy regularnie się spotykać z grupą innych rodziców.

Adrian: To wszystko trwało ok. roku. Zanim podjęliśmy decyzję że chcemy się starać o kolejne dziecko, chcieliśmy – musieliśmy – wyjaśnić, co się stało. Ale w końcu doszliśmy do wniosku, że po prostu nie jest to możliwe, bo medycyna nie zna odpowiedzi. Więc nie ma sensu tego ciągnąć. Z grupy dowiedzieliśmy się też, że wiele par, które tak jak my, straciły dziecko, miało potem dzieci.

Klaudia: Więc zdecydowaliśmy, że nie poddajemy się, że będziemy walczyć o nasze marzenia. Bo dzieci zawsze były naszym marzeniem…Wiadomo, że są jakieś obawy, ale grupa wsparcia bardzo nam pomogła. Chcę dodać, że wspaniałe było też to, że nie przez cały czas rozmawialiśmy o naszych tragediach. Sporo było takich zwyczajnych rozmów – o życiu w ogóle, o pracy, naszych pasjach, ulubionych rozrywkach… To pozwalało mieć poczucie, że życie toczy się dalej.

Adrian: Z kolei rozmowy o tych trudnych rzeczach czy sytuacjach też były pomocne, bo ktoś już coś takiego przeżył, dzięki czemu my byliśmy lepiej na to przygotowani. Na przykład inne pary mówiły nam, jak przeżyć jeden z niezwykle trudnych momentów, jakim jest rocznica śmierci dziecka. Jedna z par poradziła nam, żebyśmy urządzili… urodziny. [śmiech] Może to się wydawać dziwne, ale w gruncie rzeczy okazało się to świetnym pomysłem. Spędziliśmy ten dzień z rodziną, pojechaliśmy na cmentarz, były balony…

Klaudia: Bałam się tych urodzin, ale to był radosny dzień. Ciekawe jest to, że w dzień urodzin Olusia jeszcze nie wiedziałam, że jestem w ciąży. Dowiedziałam się dwa tygodnie później. To było dla mnie jak cud. Znak od pierwszego synka.

Na koniec chciałabym jeszcze na chwilę wrócić do grupy wsparcia. Wydaje się, że to było doświadczenie, które państwu pomogło. Czy jeszcze biorą państwo udział w spotkaniach?

Klaudia: Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, pomyślałam, że to chyba nie jest dobry pomysł. Nie chciałabym teraz żyć tymi trudnymi historiami. Ale co jest ważne, to pomoc, jaką uzyskałam od Pauliny w kwestii prowadzenia ciąży i szpitala, w którym będę rodzić. Mam cudowną panią doktor ze szpitala na Karowej. Jestem ogromnie wdzięczna Paulinie, że mnie z nią skontaktowała. Poza tym Paulina zapewniła mnie, że gdybym miała gorsze chwile, zawsze mogę do niej zadzwonić. Mamy też nieformalny kontakt z osobami z tej naszej grupy. Można powiedzieć, że znaleźliśmy tam przyjaciół…

Adrian: Grupa uświadomiła nam też coś ważnego – że najpierw trzeba przeżyć żałobę, a nie próbować zastępować jedno dziecko drugim. I chciałbym powiedzieć jeszcze jedno: w grupie cenne jest to, że wszystko, co tam słyszeliśmy, było czystą praktyką. Nie żadnym teoretycznym wykładem, ale żywym doświadczeniem. Każda tragedia jest inna, ale jest wspólny mianownik. Gdybym miał jakoś podsumować to, na co trzeba zwrócić uwagę w sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, wymieniłbym trzy rzeczy. Po pierwsze fundament, czyli to, jaką mamy wzajemną relację. Ja i żona jesteśmy dla siebie największą nadzieją i to trzeba pielęgnować. To nie dziecko decyduje o tym, jak wygląda nasze małżeństwo, ale nasza miłość do siebie nawzajem. Po drugie – rodzina, nasi bliscy. Oni nas kochają, ale czasem nie do końca rozumieją, przez co przechodzimy. Choć muszę dodać, że kiedy straciliśmy synka, nagle się okazało, że takich historii w rodzinie było więcej. Tyle że nikt o tym do tej pory nie mówił. I po trzecie – właśnie grupa wsparcia, ta wspólnota doświadczeń. I proszę koniecznie napisać, że ci ludzie z grupy byli po prostu wspaniali. Otwierali się przed nami, dzielili najbardziej intymnymi emocjami. Mamy wobec nich dług wdzięczności.

Klaudia i Adrian oczekują narodzin drugiego dziecka w lipcu tego roku. Trzymamy mocno kciuki!

Kwartalnik Hospicjum, 2(100) czerwiec 2022 r.