Wspomnienie o Hubercie

Wspomnienie o Hubercie

Hubercik mimo swojej poważnej i ciężkiej choroby nowotworowej był bardzo dzielnym i pogodnym dzieckiem. Nigdy nie płakał i nie narzekał z powodu bólu, jaki choroba powodowała. Wszystkim wokół, a przede wszystkim mamie, nie pozwalał płakać i smucić się, zawsze powtarzał: „Mama, uśmiechaj się”. Po roku leczenia chemioterapią i radioterapią choroba pozwoliła mu na trzy miesiące swobody i radości. Było lato 2007 r., Hubercik biegał za piłką, za motylkami, karmił wiewiórki w parku, zrywał kwiatki, zbierał grzybki. Był bardzo szczęśliwy, swoim szczerym uśmiechem i uściskami obdarzał wszystko i wszystkich wokół siebie. Tego lata spełniło się jego wielkie marzenie, tzn. wyjazd z całą rodziną nad morze do Kołobrzegu. Całe dnie spędzał na plaży budując zamki z piasku, biegając po falach, zbierając kamyki i muszelki, pływając pontonem. Było super. Hubert był w swoim żywiole. Wszyscy zapomnieliśmy choć na chwilę o poważnej chorobie dziecka.

Po powrocie do Warszawy poszedł również do przedszkola, bo to było kolejne jego wielkie marzenie. Jednak nawrót choroby nie pozwolił mu długo nacieszyć się wspólną zabawą z rówieśnikami. Od połowy września stan Huberta zaczął się pogarszać. Znów zaczęły się długie pobyty w szpitalu, wielogodzinne podłączenia do kroplówek z chemią, badania w znieczuleniu ogólnym. Tego wszystkiego Hubercik po prostu nie znosił. Na sam widok budynku szpitalnego zaczynał płakać i krzyczeć: „Ja nie chcę tu więcej przyjeżdżać, nie chcę podłączenia”, albo „Jestem obrażony na cały świat”. Każdego ranka budząc się w szpitalnym łóżeczku pytał smutnym głosikiem, kiedy wreszcie pojedzie do domu, do brata Michałka. Mimo zastosowanego leczenia, Hubercik pod koniec listopada przestał samodzielnie chodzić.

W tej sytuacji, kiedy chemioterapia nie przynosiła pożądanych efektów, a choroba niszczyła dziecko w zastraszającym tempie, w połowie grudnia zdecydowaliśmy o przeniesieniu Huberta pod opiekę hospicjum. Na początku trochę obawialiśmy się, czy damy radę opiekować się nim w warunkach domowych, a przede wszystkim, jak Hubert będzie reagował na wizyty lekarzy i pielęgniarek. Okazało się, że Hubercik zaskoczył nas wszystkich, bo mimo tego, że nie mógł już chodzić i dobrze mówić, to zawsze pierwszy witał gości i z zaciekawieniem obserwował, co się będzie działo. Nigdy nie protestował, tylko posłusznie poddawał się badaniom i zabiegom.

Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia i Hubercik z utęsknieniem czekał na św. Mikołaja. Panie z przedszkola, do którego Hubercik chodził, zorganizowały dla niego niespodziankę i w przebraniu Mikołaja odwiedziły Huberta w domu przynosząc mnóstwo prezentów. Hubert był bardzo przejęty tym faktem. Nasz synek był strasznym pieszczochem i przytulanką. Kilka dni przed śmiercią chciał chyba nacieszyć się nami na zapas, tzn. byliśmy przez niego wciąż obściskiwani i obcałowywani do tego stopnia, że całymi dniami siedział na zmianę na kolanach, albo u mamy, albo na rękach u taty, i cały czas przytulał się trzymając mocno za szyję. Wieczorami zasypiał w ramionach mamy szepcząc słodko: „moja kochana mamka”, albo „moja ty ślicznotko”.

W piątek, przed poniedziałkową Wigilią, nasz kochany synek strasznie uparł się, żeby ubrać choinkę. Ulegliśmy mu i Hubert cały szczęśliwy uczestniczył w tej ceremonii podając bombki tylko jedną, lewą rączką. Robił to naprawdę resztkami sił, ale z uśmiechem na sparaliżowanej częściowo twarzy i błyskiem w oku. 
W przeddzień śmierci odwiedziła Huberta jego mama chrzestna, Asia, która przywiozła mu ogromne pudło z niespodzianką. Hubcio zdołał jeszcze otworzyć swoje śliczne, niebieskie oczka, aby obejrzeć prezent, a w podziękowaniu uśmiechnął się do Asi. Kosztowało go to wiele trudu. Po południu tego dnia Hubert zapadł w śpiączkę i już się nie obudził. Tuż przed śmiercią, w chwili naszej walki o każdy jego oddech, otworzył na chwilkę oczy, jakby chciał się z nami pożegnać. Zmarł w niedzielę

23 grudnia 2007 r. o godz. 17.30 w wieku 4 lat. Tego wieczoru przy ciele Hubercika została odprawiona Msza św., która naszym zdaniem była pomostem umożliwiającym przejście Huberta na tamten świat pełen miłości, radości i wiecznego szczęścia. Wyrazem tego był uśmiech na jego słodkiej buzi, który pojawił się po zakończonym nabożeństwie. Wierzymy, że nasz synek jest teraz szczęśliwym aniołkiem i naszym patronem w Niebie. 
Myślimy, a nawet jesteśmy pewni, że Hubercik był naprawdę bardzo, bardzo szczęśliwy, iż te ostatnie chwile swojego krótkiego, a zarazem ciężkiego życia, mógł spędzić w domu z rodziną, z bratem Michałkiem, którego bardzo kochał, wśród swoich ulubionych zabawek, a przede wszystkim w swoim, a nie szpitalnym, łóżeczku.

Pamiętający i kochający 
rodzice z bratem Michałem

Informator "Hospicjum", nr 43, marzec 2008