Powrót do domu to ogromne szczęście

Powrót do domu to ogromne szczęście

W jednym z Informatorów Hospicjum przeczytałam artykuł, który zaczynał się od słów: „Ludzie marzą o Aniołach, ja miałam szczęście, trzymałam jednego w ramionach”. To, co chciałabym powiedzieć o mojej córeczce, jest zawarte w tym właśnie zdaniu.

Wiadomość o ciąży spowodowała, że słońce zaświeciło w naszym domu. Słoneczko jednak przygasło, kiedy dowiedzieliśmy się, że dzieciątko może być chore. W dwunastym tygodniu ciąży zrobiono mi USG prenatalne. Lekarz, który wykonywał badanie powiedział, że jest duże prawdopodobieństwo wystąpienia wady u dziecka.

Ta wiadomość wywołała panikę i strach. Szukaliśmy potwierdzenia diagnozy, a w zasadzie potwierdzenia, że wszystko jest w porządku. Trafiliśmy do wspaniałego lekarza, pracującego w szpitalu przy ul. Karowej w Warszawie. Niestety on również potwierdził podejrzenie choroby dzieciątka i umówił nas na konsultację do Pani doc. Joanny Symkiewicz-Dangel. Wykonano badanie serduszka. Wciąż opieraliśmy się jedynie na podejrzeniach, ponieważ nie było widać jakiejkolwiek choroby ani wady serca. Wszystko miała wyjaśnić amniopunkcja. Po dwóch tygodniach oczekiwania okazało się, że hodowla komórek nie powiodła się i trzeba powtórzyć badanie. Wykonano mi kordocentezę, której wynik był już po ośmiu dniach. Kiedy powiedziano mi, że prof. Jacek Zaremba chciałby ze mną porozmawiać, wiedziałam, że nie jest dobrze. Pan profesor powiedział spokojnym głosem, że płód jest dotknięty trisomią chromosomu 18 – jest to zespół Edwardsa. Diagnoza była jak wyrok śmierci, ale nie tylko śmierci mojego jeszcze nienarodzonego dzieciątka, ale również mojej. Potem była rozpacz i ciągle zadawane pytań, dlaczego to spotyka nas, naszą córeczkę? Mój lekarz prowadzący sugerował przerwanie ciąży, kiedy dowiedział się, że dziecko może urodzić się chore. Mieliśmy do tego prawo, jednak to była nasza córeczka, nie moglibyśmy przerwać jej życia. Nigdy nie zgodzilibyśmy się na aborcję, chociaż po diagnozie myśleliśmy tylko o tym, aby skończył się ten koszmar. Wraz z diagnozą narodziły się nowe pytania: kto poprowadzi moją ciążę, gdzie będę rodzić i czy w ogóle ktoś będzie chciał się nami zająć? Mieliśmy szczęście, bo szybko trafiliśmy do dobrych ludzi, którzy się nami zaopiekowali. Byliśmy po konsultacji pani doc. Joanny Symkiewicz-Dangel, udzielono nam pomocy psychologicznej i zaplanowano dalszy przebieg ciąży oraz porodu.

Dzięki istnieniu Hospicjum i ludziom, którzy tam pracują oraz pracownikom Szpitala przy ul. Karowej w Warszawie, nasza córeczka Kornelka urodziła się 19 lutego 2011 r. To był jeden z najszczęśliwszych dni w naszym życiu. Wiedzieliśmy, że dziecko może nie przeżyć porodu. To cud, że nasza Kornelka przyszła na świat i jej stan był dość dobry. Oddychała samodzielnie, nie wymagała podawania tlenu ani innego wspomagania, jadła, spała i była cudownym dzieckiem. Cieszyliśmy się każdą chwilą spędzoną z córeczką. W szpitalu spędziliśmy 7 dni, potem stan zdrowia małej poprawił się.

Powrót do domu, to ogromne szczęście i kolejny cud. Kornelka była bardzo spokojnym dzieckiem, mało płakała i dużo jadła. Była karmiona sondą, jak większość dzieci z zespołem Edwardsa. Dzięki Hospicjum wiedzieliśmy, że każda chwila z naszą córeczką jest ważna. Często robiliśmy zdjęcia, opiekowaliśmy się Kornelką najlepiej, jak mogliśmy. Wizyty pracowników Hospicjum sprawiały, że byliśmy spokojniejsi. Czas spędzony z naszym maleństwem, to chwile wypełnione miłością.

Stan Kornelii niespodziewanie pogorszył się. Wizyta u doc. Joanny Szymkiewicz-Dangel na badaniu serduszka potwierdziła bardzo zły stan jej zdrowia. Dowiedzieliśmy się, że Kornelka może odejść w każdej chwili. To był cios. Mimo, że wiedzieliśmy o chorobie naszego maleństwa, nadzieja na lepsze jutro była tak duża, że trudno było zaakceptować myśl o rozstaniu. My, rodzina i przyjaciele żegnaliśmy się z nią, każdy na swój sposób. W środę 6 kwietnia jej stan pogorszył się jeszcze bardziej. Nasz synek Kacperek zanim poszedł do szkoły, sprawdzał czy mała oddycha. Oddechów było coraz mniej. Kornelka poczekała, aż Kacperek wrócił ze szkoły, by mógł się do niej przytulić…

Odeszła do lepszego świata w obecności całej rodziny, w ramionach mojego męża, otoczona miłością. Tęsknota jest ogromna, przez cały czas czujemy w domu jej obecność. Nasz aniołek pomaga przetrwać złe dni i rozwesela w dobre. Nasze życie zmieniło się ogromnie. Przez to, a może dzięki temu, że spotkało nas nieszczęście, zaczęliśmy odbierać świat w inny sposób. Córeczka nauczyła nas pokory i zrozumienia dla ludzi oraz pomagania innym.

Chcielibyśmy podziękować wszystkim pracownikom Hospicjum za to, że dzięki ich pracy i oddaniu, mogliśmy być z Kornelką przez 46 dni jej życia. Za to, że tworzą wspaniałe miejsce, które służyło i wciąż służy nam pomocą – wspierali nas w opiece nad naszą córeczką, a dzisiaj po odejściu Kornelki, pomagają w trudnych chwilach. Naszym pielęgniarzem był Maciek, który bardzo nas wspierał i pomagał. Wiemy z doświadczenia, że wszyscy pracownicy Hospicjum są wspaniali i obdarzeni wielkim sercem.

Boże dziękujemy Ci, że stworzyłeś tych wszystkich ludzi i obdarzyłeś ich takim dobrem.
Izabela Czajka-Koczkodon
Mama Kornelii

Kornelia chorowała na zespół Edwardsa
Pod opieką WHD była 41 dni

Wspomnienie ukazało się w Informatorze Hospicjum 3(57) wrzesień 2011.