Początek normalnego życia

Początek normalnego życia

Kiedy byłam w ciąży, setki razy wyobrażałam sobie poród. To jak dzielnie znoszę bóle, kiedy po wszystkim trzymam na rękach moje maleństwo, zapominając o całym świecie. Jednak poród Oliwki wyglądał zupełnie inaczej niż go sobie wyobrażałam. Urodziła się 19.11.2007 r. w 35 tyg. ciąży. Ból był nie do wytrzymania. I wcale nie byłam dzielna. A kiedy było po wszystkim, moje maleństwo zamiast w moje ramiona, trafiło do inkubatora.

O jej chorobie dowiedziałam się 10 minut po porodzie. Lekarz powiedział, że ma rozszczep wargi i podniebienia. Dostała 2 pkt. w skali Apgar, nie oddychała, musieli jej zrobić masaż serca. Ważyła 2 kg. Zobaczyłam ją po kilku godzinach. Nie mogłam jej nawet dotknąć...

Była taka malutka, taka bezradna. W pierwszej dobie życia została przewieziona do Instytutu Matki i Dziecka. Kiedy po 2 dniach wyszłam ze szpitala, od razu pojechałam do Instytutu. Mała leżała na oddziale intensywnej terapii. Jej stan był ciężki, ale stabilny. Nie wiedzieliśmy czy się cieszyć, czy płakać. To były najgorsze dni w moim życiu.

Oprócz rozszczepu podniebienia wykryli u niej wadę serca, miała też problemy z oddychaniem. Po kilku dniach jej stan poprawił się na tyle, że zaczęła sama oddychać. Bałam się wziąć ją na ręce. Siedziałam tylko obok i patrzyłam na nią. Śpiewałam jej piosenki, mówiłam do niej. Prosiłam, żeby była silna, żeby żyła. Opowiadałam, co będzie jak wyjdzie ze szpitala, jak dorośnie. Tak minęły 2 miesiące. Jej stan nieznacznie się poprawił. Trochę przytyła. Oddychała sama, ale miała podłączony tlen.

Święta Bożego Narodzenia miały być naszymi pierwszymi świętami we troje. W domu byliśmy tylko ja i Kamil. Oliwka była sama w szpitalu. W Wigilię na stole postawiliśmy jej zdjęcie. To były smutne święta. Nic nas nie cieszyło. Czasami miałam takie myśli, żeby wziąć ją na ręce i po prostu zabrać ze szpitala. Zabrać do domu.

Potem przenieśli ją na pediatrię. Przez jakiś czas było dobrze, zaczęła przybierać na wadze, nie miała spadków saturacji. Mieliśmy nadzieję, że niedługo wyjdzie do domu.

Nagle jej stan pogorszył się. Znów trafiła na intensywną terapię. Podłączyli ją do respiratora. Przez tydzień była nieprzytomna, bo podawali jej leki uspokajające, żeby odciążyć serce. Lekarze podejrzewali kardiomiopatię. Przeprowadzili z nami rozmowę. Powiedzieli, że Oliwka ma bardzo słabe serce i że w każdej chwili może się zatrzymać. Nie dawali jej zbyt wielkiej szansy. Musieliśmy oswoić się z tym, że może umrzeć. Doktor Hozjasz, lekarz prowadzący, opowiedział nam o Hospicjum. Powiedział, że to jedyny sposób, żeby Oliwka pobyła z nami choć trochę w domu. Mimo tego co mówili lekarze, ciągle wierzyliśmy, że będzie dobrze, że zdarzy się cud i Oliwka będzie zdrowa.

Umówiłam się na spotkanie z dr. Piotrem Zielińskim i Basią Ważny z Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci. Po tym spotkaniu byłam przerażona. Nie chciałam nawet myśleć, że Oliwka mogłaby umrzeć. W szpitalu mała byłaby bezpieczniejsza, jednak zgodziliśmy się, aby Oliwka była pod opieką Hospicjum. Chcieliśmy żeby była z nami, cokolwiek miałoby się zdarzyć.

13.03.2008 r. Oliwka została wypisana ze szpitala. Zanim pojechaliśmy do domu, miała jeszcze badania serca w Hospicjum. Była poprawa. Cieszyliśmy się jak dzieci. Oliwka wreszcie była z nami.

Trochę się bałam, że nie dam sobie rady. W szpitalu były pielęgniarki, lekarze i wiedziałam, że w razie „nagłej potrzeby” ktoś mi pomoże. W domu byłam sama. Na szczęście miałam Basię. Przez pierwsze tygodnie dzwoniłam kilka razy dziennie (pomijając fakt, że ona też dzwoniła kilka razy dziennie i praktycznie codziennie przyjeżdżała). Z anielską cierpliwością tłumaczyła mi jak wykonać najprostsze zabiegi przy małej, jak i kiedy podawać leki, co robić, gdy małej się ulało itp.

W domu Oliwka wreszcie zaczęła rozwijać się jak zdrowe dziecko, ładnie przybierała na wadze, stała się znacznie spokojniejsza. Interesowała się wszystkim, co działo się obok. Zaczęła się uśmiechać i gaworzyć. Cały czas ktoś nosił ją na rękach, bo nie mogliśmy się nią nacieszyć. Więc szybko się przyzwyczaiła i jej ulubionym zajęciem stało się zwiedzanie mieszkania właśnie na rękach.

Dzięki pomocy księdza Roberta wyprawiliśmy Oliwce chrzciny. Nie chcieliśmy jej chrzcić w szpitalu, mieliśmy nadzieję, że będzie miała normalny chrzest, w kościele z rodziną. I dzięki Hospicjum miała. Z tą różnicą, że wszystko odbyło się w domu. Ksiądz „przyniósł ołtarzyk”, odprawił Mszę, uzgodnił formalności z naszym proboszczem (przy okazji załatwił nam nauki przedmałżeńskie).

Na rodziców chrzestnych poprosiliśmy moją siostrę Monikę i Daniela, brata Kamila. Zaprosiliśmy najbliższą rodzinę i oczywiście „ciocię” Basię. Cieszyła mnie myśl, że wreszcie moja rodzina zobaczy Oliwkę w normalnych warunkach, nie w szpitalu podłączoną do aparatury. Byłam dumna z postępów jakie zrobiła w domu i z tego, że wreszcie mogę być mamą dla mojego dziecka.

Oliwka całą Mszę zagłuszała księdza płaczem, ale potem była bardzo grzeczna i spokojna. Na chrzcinach po raz pierwszy spotkała się ze swoją siostrzyczką cioteczną Julką (młodszą o 2 tygodnie).

Od razu znalazły wspólny język. To był rozkoszny widok. Mała była w swoim żywiole przeskakując z rąk do rąk.

Chrzciny wypadły wspaniale. Basia przyniosła kamerę, więc nagraliśmy film i zrobiliśmy mnóstwo zdjęć. Byliśmy najszczęśliwsi na świecie. Przed chrzcinami spędziliśmy cudowne święta Wielkanocne. We troje. Płakaliśmy ze szczęścia. Odkąd Oliwka się urodziła, marzyliśmy o takich chwilach. Nasza kochana córeczka wreszcie była z nami. Była tylko nasza!!! To były cudowne święta!

Teraz Oliwka waży 7 kg, mierzy 68 cm. Ma piękne pucołowate policzki, tłuściutkie rączki i nóżki. Jest rozkoszna. Ale najpiękniejsze w niej są jej wielkie, niebieskie oczy. Są takie bystre i ciekawe świata. Nie sposób się w nich nie zakochać.

Dzięki temu, że jest w domu, stała się innym dzieckiem. Nie ma takich słów, które wyraziłyby naszą wdzięczność dla pracowników Hospicjum. Ich bezinteresowna pomoc i wsparcie pozwoliły nam odzyskać dziecko i wiarę w ludzi.

Myśleliśmy, że Hospicjum oznacza koniec dla naszego dziecka, ale to był początek jej normalnego życia. Możliwość przebywania w domu z kochającą rodziną pozwoliła Oliwce rozkwitnąć. Zdajemy sobie sprawę, że nigdy nie będzie całkiem zdrowa, ale cieszy nas każda nawet najmniejsza poprawa i wydaje mi się, że nasza miłość i bliskość może zdziałać cuda. Gdyby nie hospicjum, nie mielibyśmy takiej szansy.

Dziękujemy Wam z całego serca
Ania, Kamil i Oliwka

Informator "Hospicjum", nr 44, czerwiec 2008