Nasza Ania

Nasza Ania

Z pamiętnika Ani:

Jeździłam na rowerze, bawiłam się na dworze.
Chciałam, aby to wszystko się skończyło, Tak mi dopomóż Bóg! Na wieki wieków. Amen.

Tata:

Ania to nasze najmłodsze, trzecie dziecko. Kiedy się urodziła 28.05.1998 r., był piękny dzień. Po obiedzie żona powiedziała, że czas jechać do szpitala, bo będzie rodzić. Wszystko pamiętam tak, jakby to było wczoraj. Mieliśmy na polu suche siano i murarzy przy budowie obory. Mama Ani mówiła: zwieźcie siano i wtedy pojedziemy, ale nie posłuchałem jej i od razu umyłem się i pojechaliśmy do szpitala. Trzeba było się spieszyć, ponieważ wystąpiły mocne bóle porodowe. By zdążyć na czas, musiałem wyprzedzać ,,na trzeciego". Kierowcy widząc takiego szaleńca, pukali się w czoło i pokazywali różne znaki, ale nie wiedzieli, że wiozę żonę do porodu. Tak się spieszyłem, że nie zapiąłem guzików w koszuli. Kiedy dojechaliśmy - dzięki Bogu szczęśliwie - do szpitala, powiedziałem na izbie przyjęć, że żona będzie rodzić. Wkrótce trafiła na porodówkę, gdzie przygotowano ją do porodu. W tym czasie odprowadziłem samochód na parking. Wracając do żony, w drzwiach usłyszałem: ,,ma pan córkę". Trwało to około 2-3 minuty - tak szybko przyszła na świat nasza Ania. Jak szybko przyszła, tak szybko odeszła.

Ania:

Jestem Ania Ruta, choruję od lipca 2009 r. Kiedy dowiedziałam się o mojej chorobie, zadawałam sobie pytanie: dlaczego właśnie ja? Dlaczego mnie to spotkało? Cały czas myślałam i myślę, że to jakiś głupi, koszmarny sen, ale niestety tak nie jest. Z początku było mi bardzo ciężko, ale z czasem się przyzwyczaiłam, choć zajęło mi to dość dużo czasu. Mam wyrzuty sumienia, że mama musi się tak mną zajmować. Kiedy jedziemy do Warszawy, cały czas jest ze mną.

Mama:

Choroba Ani zaczęła się pod koniec roku szkolnego w czerwcu 2009. Córka skarżyła się na bóle nóg, głównie w kolanach i pod kolanami, którym towarzyszyła wysoka gorączka. Na początku myśleliśmy, że nadwyrężyła się w szkole, ale ból nie przechodził. Poszłyśmy do lekarza, Ania dostała antybiotyk, po którym objawy ustąpiły. Po kilku dniach zaczęła wymiotować i skarżyć się na ból brzucha. Wymioty nie ustępowały, była blada, nie miała apetytu, męczyła się. Poszłyśmy do lekarza rejonowego, który skierował ją na oddział dziecięcy szpitala w Garwolinie. Podłączyli kroplówkę i podali leki. Pani ordynator powiedziała, że potrzebne jest USG jamy brzusznej. Po badaniu wezwała mnie do gabinetu i przekazała, że znaleziono zmianę na prawym nadnerczu i dlatego zrobimy jeszcze tomografię. Zadawałam sobie pytanie – jak to możliwe, przecież do tej pory Ania była zdrowa i rozwijała się prawidłowo, nie chorowała, była wesoła i pełna życia. Tomografia potwierdziła wyniki USG i czekała nas kolejna rozmowa z panią ordynator. Następnego dnia Ania została przewieziona do CZD na dalszą diagnostykę. Jadąc karetką, zastanawialiśmy się, co będzie dalej i jak długo to jeszcze potrwa. Prosiliśmy Boga o siłę dla Ani, żeby to wszystko dobrze się skończyło.

Po dopełnieniu formalności trafiłyśmy na oddział onkologii. Kiedy tam się znalazłyśmy, myślałam, że to tylko sen, z którego obudzę się i wszystko będzie tak jak dotychczas. Pani doktor powiedziała, że będzie naszym lekarzem prowadzącym i że konieczne jest wykonanie dodatkowych badań. Podjęto decyzję o operacji usunięcia guza nadnercza prawego i ustalono termin na 20.07.2009 r. Wyszłyśmy do domu na kilka dni przed planowanym zabiegiem. Ania była bardzo załamana, płakała i bała się. Wszyscy poświęcali jej dużo czasu i uwagi.

Operacja przebiegła bez powikłań został usunięty guz nadnercza prawego wraz z nadnerczem. Badanie histopatologiczne wykazało, że jest to nowotwór złośliwy. Po operacji Ania powoli dochodziła do siebie i pytała, kiedy wyjdziemy do domu. Niestety po 10 dniach spędzonych na chirurgii, ponownie znalazła się na onkologii. Pani profesor wraz z lekarzami podjęła decyzję o podaniu chemii zapobiegawczo. Ania dowiedziała się, że będzie miała sześć kuracji chemii CAV, po której powinna czuć się dobrze.

Kiedy usłyszała o możliwych powikłaniach i o tym, że wypadną jej włosy, bardzo się zmartwiła. Dla 11-letniej dziewczynki było to trudne do wyobrażenia. Ania bała się reakcji otoczenia i swoich rówieśników, na szczęście osoby, z którymi się spotykała, nigdy nie powiedziały jej niczego przykrego. Zawsze wszyscy ją wspierali, podziwiali i życzyli szybkiego powrotu do zdrowia. Ania znosiła chemię różnie, były wymioty, ból brzucha, a dodatkowo po winkrystynie bolały ją kości. Kiedy wracałyśmy z ostatniej chemii, byłyśmy szczęśliwe, że koszmar się skończył, że zacznie się normalne życie jak dawniej, że nasza Ania jest już zdrowa. Kontrola w kwietniu wyszła bardzo dobrze, wyniki badań były w normie. Dziękowaliśmy Bogu, że mamy to wszystko za sobą, że nasza córka jest zdrowa, pogodna, wesoła i pełna życia.

Podczas badań przeprowadzonych w lipcu stwierdzono duży guz jamy brzusznej, zmiany w kościach i szpiku, podwyższenie katecholamin. Kolejny wstrząs, płacz, rozterka i pytanie – gdzie jest Bóg? Tyle próśb i modlitw. Dlaczego Ania? Za co to wszystko? Kolejna operacja odbyła się 6.08.2010 r. Usunięto guz prawego jajnika wraz z jajnikiem, drugi jajnik ze zmianami pozostawiono. Rozpoczęło się intensywne leczenie chemioterapią PACE. Ania źle znosiła każdą chemię, były powikłania, jej osłabiony organizm coraz trudniej się regenerował. Pobyty w szpitalu wydłużały się. Pani doktor zawsze dbała, aby Ania jak najlepiej się czuła. Zawsze można było z nią porozmawiać, poradzić się.

Po pięciu kuracjach wyniki badań znacznie się poprawiły, chemia została zmieniona na DIP (lżejszą), a Ania czuła się lepiej. Po sześciu pełnych cyklach DIP badania były dobre, zdecydowano więc o leczeniu podtrzymującym. Ania bardzo się ucieszyła, bo nie musiała już przebywać w szpitalu tygodniami. Czuła się bardzo dobrze, była pogodna, chodziła do szkoły, a cieszyliśmy się z nią, że będzie wreszcie zdrowa.

Ania:

Kiedy przyjęłam wszystkie chemioterapie, byłam szczęśliwa, że to koniec. Wigilia w 2009 r. była najszczęśliwszą Wigilią w moim życiu. Wyzdrowiałam i wreszcie byłam wolna. Od tej pory jeździłam tylko na badania kontrolne i bardzo się cieszyłam. Podczas jednej z wizyt kontrolnych, kiedy miałam USG, od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Ta pani, która robiła mi USG, od razu zrobiła wielkie oczy i natychmiast zawołała profesora z chirurgii. On także mnie badał i robił wielkie oczy. Byłam cała w rozsypce, moi rodzice także. Przyjeżdżaliśmy kilka dni z kolei na badania i dowiedzieliśmy się, że jest wznowa. Od tej pory mój horror znów się zaczyna od początku. W tym przypadku konieczna była operacja. Została przeprowadzona 6.08.2010 r. Po tej operacji dobę spędziłam na OIOM-ie. Mamę widziałam tylko przez szybę, ale nareszcie po dobie zostałam przewieziona na chirurgię. Lekarze usunęli mi guz na jajniku prawym, wraz z jajnikiem oraz wznowę w loży nadnercza prawego. Po kilku dniach zostałam przewieziona na onkologię. Tam przyjęłam pięć chemioterapii PACE, po których bardzo źle się czułam i przyjeżdżałam na powikłania. Pani doktor powiedziała, że sześciu chemii nie wytrzymam i zmieniła mi chemię. Po zmienionej chemii w miarę dobrze się czułam, trwało to dwa lata.

Mama:

Radość nie trwała długo. Córka coraz częściej skarżyła się na ból nogi, w pachwinie wyczuła mały guzek. Będąc na wizycie, opowiedziałyśmy o tym pani doktor. Zaczęły się kolejne badania. Anię coraz bardziej bolała noga, nie miała siły, była blada i smutna. Pewnego dnia wyczuła w prawym dole biodrowym coś twardego. Kiedy poznaliśmy wyniki badań, nie wierzyliśmy w to, co usłyszeliśmy. Choroba rozsiała się po całym organizmie. Nawet lekarze nie mogli w to uwierzyć. Nasz świat i świat Ani runął w jednej chwili. Dostała chemię, która nie zadziałała, ale jeszcze bardziej zniszczyła organizm. Ból stawał się silniejszy, leki coraz mocniejsze i było ich coraz więcej. Plastry przeciwbólowe i morfina nie pomagały. Choroba bardzo szybko postępowała. Każdej zmianie pozycji ułożenia ciała towarzyszył bardzo silny ból. Po rozmowie z panią profesor i naszą panią doktor zdecydowano o braku możliwości podania jakiejkolwiek chemii na tym etapie progresji guza. Zakończyliśmy leczenie w CZD i przeszliśmy pod opiekę Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci.

Tata:

Ostatnie 13 dni swojego życia Ania była pod opieką Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci. W tym czasie codziennie przyjeżdżali lekarz, pielęgniarka, ks. Wojtek, pani psycholog. Ania dostała łóżko sterowane pilotem, wózek, koncentrator tlenu, pompę do podawania leków oraz lekarstwa i środki opatrunkowe. Opieka była bardzo dobrze zorganizowana przez całą dobę, ponadto otrzymywaliśmy częste telefony z pytaniem jak Ania się czuje. Każdy kto przyjeżdżał, przywoził Ani prezenty. Były to płyty, kosmetyki, maskotki, puzzle, obraz od księdza Wojtka i inne pamiątki. Każdy poświęcał Ani swój czas na rozmowę i zabawę.

Dziewiętnastego października Ania otrzymała Sakrament Bierzmowania. Mszę św. odprawili ks. Wojciech Gawryluk i ks. Eugeniusz Rola. W naszym domu częstym gościem był ks. Radek, który co dzień przywoził Ani Pana Jezusa.

W poniedziałek 22. października Ania od rana była bardzo słaba. Około godz. 9:30 przyjechał ks. Radek, by odprawić Mszę św. przy łóżku naszej córki. Ksiądz podał Ani Komunię Świętą na łyżeczce w postaci chleba i wina. Była to ostatnia Komunia, jaką Ania przyjęła. Potem odmówiliśmy Różaniec, koronkę, litanię. Ksiądz Radek pojechał do szkoły, w której w południe, za zgodą pani dyrektor, razem z uczniami i nauczycielami, odmawiany był w intencji Ani Różaniec na sali gimnastycznej. Potem wrócił do nas i znów modliliśmy się przy Ani. Odmawialiśmy Różaniec i o godz. 15 Koronkę. Po obiedzie ok 16:15 ksiądz pojechał do kościoła na Mszę św. i Różaniec w intencji Ani. Cała rodzina od godz. 17:30 odmawiała Różaniec przy łóżku Ani, trzymając ją za ręce. Modliliśmy sie dość długo, bo do godz. 19. Skończyliśmy modlitwę, a nasza Ania życie. Przez cały czas ściskaliśmy jej ręce. Odeszła bardzo spokojnie, tak jakby usnęła. W ostatnim czasie podaliśmy jej gromnicę, Ania odeszła, trzymając ją w dłoniach.

Ciągle za nią tęsknimy i mocno wierzymy, że jest jej teraz dobrze i że teraz to ona będzie się nami opiekować.

Pogrzeb odbył się 24 października o godz. 12. Do domu po ciało przyjechali ks. proboszcz Eugeniusz Rola i organista. Tak pożegnaliśmy Anię w jej ostatniej drodze. Było bardzo dużo samochodów, kondukt pogrzebowy miał ok. 1 km. Na placu przed kościołem na Anię czekali ks. Radek i ks.Wojtek Sobieszek oraz całe Gimnazjum i Szkoła Podstawowa oraz rodzina i dużo innych osób. Mszę św. odprawiał ks. Radek i ks. Wojtek. Kazanie wygłosił ks. Wojtek, jednak pod koniec również ks. Radek powiedział kilka słów. Miał wygłosić całe kazanie, ale jak później powiedział, poprosił o to ks. Wojtka, bo nie był pewny, czy by zdołał. Był bardzo zżyty z Anią i było mu jej bardzo żal. Po Mszy św. orszak powędrował na cmentarz, gdzie ciało Ani złożono do grobu. Każdy uczeń podarował Ani białą różę, było ich bardzo dużo. Po pogrzebie kilka osób starszych i młodych mówiło mi, że jeszcze na takim pogrzebie nigdy nie byli. Ania miała pogrzeb jak księżniczka. Kochała aniołki, które zbierała, kupowała i ustawiała na swojej półce w regale. Teraz sama jest aniołkiem, który nad nami czuwa. Co dzień odwiedzamy jej grób, na którym ciągle palą się znicze. Grób naszej córki odwiedzany jest przez uczniów i nie tylko.

W czasie gdy Ania chorowała, wiele osób nam pomagało, wspierało, nigdy nie byliśmy sami. Nasza historia, historia choroby Ani opisana była w gazecie ponad 2 lata temu. Po odejściu córki ukazał się artykuł pt. „Aniu żegnaj". W naszej wsi o córce często mówiono „Nasza Ania", nas rodziców cieszyło, że ludzie ją tak lubią. Była bardzo kochana, lubiana, szanowana i bardzo dzielna, znosiła ból, nigdy nikogo nie oskarżała i do nikogo nie miała żalu. Ania bardzo lubiła chodzić do szkoły, to dodawało jej siłę do walki z chorobą. Anię odwiedzali często nauczyciele i uczniowie z klasy. Dzięki niej poznaliśmy ludzi (przyjaciół), którzy zawsze spieszyli nam z pomocą, często pytali, co potrzeba, chcieli pomagać. Wszystkim serdecznie dziękujemy i zawsze będziemy pamiętać o ich wrażliwym i dobrym sercu.

Urszula i Tadeusz - rodzice Ani
Warszawskie Hospicjum dla Dzieci
opiekowało się Anią 13 dni

Informator "Hospicjum", nr 63, marzec 2013 r.