Najważniejsze było tu i teraz

Najważniejsze było tu i teraz

Śmierć dziecka nie należy do sytuacji łatwych. Łatwych do zniesienia, a nawet, dla niektórych rodziców, do opowiedzenia. Jest doświadczeniem już na zawsze odciskającym swe piętno w pamięci, sercu i na duszy. Dla naszego synka śmierć była wyzwoleniem od cierpienia, od fizycznego bólu, a dla nas rodziców?… Była początkiem innego już życia. Bez naszego dziecka.

Gdyby ktoś zapytał, jaki był Dominiś, odpowiedziałabym słowami piosenki: „…był jak mgła niewidzialny, tajemniczy. Był jak kruchy róży kwiat, delikatny. Był jak cichy wiatr, całkiem wolny, lecz samotny. Jak ocean bez dna, nieszczęśliwy”.

Oto Dominik. Przyszedł na świat 17 września 2002 roku, oznajmiając wszystkim donośnym krzykiem – „już jestem”. Był najpiękniejszym noworodkiem, a później niemowlęciem, jakie dotychczas widziałam. I nie mówię tak dlatego, że był moim dzieckiem. Swoją obecnością, swoim JESTEM zmienił wiele i wielu. Zmiękczył serca i dodał odwagi. Nie wiedzieć dlaczego, nie potrafiłam wyobrazić sobie i wymarzyć przyszłości Dominisia, jak mają to w zwyczaju robić „świeżo upieczone” mamy. Najważniejsze było Tu i Teraz, na drugim planie Jutro. W ten oto sposób trwaliśmy „z” i „przy” naszym Synku do końca. Do tej trudno przewidywalnej przyszłości.

Kiedy dowiedzieliśmy się, że Dominik jest chory, miał 10 miesięcy. Rozpoznanie: epilepsja oraz opóźnienie psychoruchowe budziło strach z samej nazwy. Nieświadomość, niepewność i przedziwna blokada w przyswajaniu informacji wymieszana z niewymierną siłą wewnętrzną, nadzieją i wiarą towarzyszyły mi przez kilka następnych lat naszej wspólnej wędrówki z Dominikiem.

Kolejne lata Domelka (aż do 4 urodzin tak go nazywaliśmy ) to nieprzerwana walka o „cud”. Walka, podczas której nie liczyło się czyjeś zmęczenie.

Rok 2007 przyniósł wiele zmian. Zmiany w samym Dominisiu, w nas, w naszym domu. Wówczas wszyscy, nawet najbliżsi, musieliśmy przejść w sposób błyskawiczny przyspieszony kurs emocjonalnego dojrzewania. Nie było to łatwe i nie wszyscy go zaliczyliśmy. Ogromnym wsparciem było Warszawskie Hospicjum dla Dzieci, które w tym czasie objęło opiekę nad Dominikiem i nami. Po ustabilizowaniu się ogólnego stanu zdrowia zostaliśmy wypisani z WHD. Dotychczas prowadzeni za rękę, teraz usamodzielnieni ruszyliśmy w dalszą drogę. Nawet wtedy, gdy Dominik nie był już pacjentem Hospicjum mogliśmy zwrócić się w razie problemów z pytaniami do pielęgniarki naszego synka – Mirki. Była to niezwykle ważne, a zarazem wspaniałe. Dawało to poczucie wsparcia, a jednocześnie pewnego rodzaju jedności, solidarności. Możliwość takiego kontaktu wielokrotnie chroniła nas przed niepotrzebnym stresem, a Dominika przed bólem i niewygodą.

We wrześniu 2008 roku nastąpiło kolejne pogorszenie się stanu zdrowia Dominisia. Jako rodzice nie potrafiliśmy poradzić sobie z taką rzeczywistością zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Coraz większą trudność sprawiała nam opieka nad naszym synkiem. Coraz trudniejsze do opanowania stawały się napady padaczkowe, które przechodziły w niebezpieczne dla życia stany padaczkowe. Również wtedy Warszawskie Hospicjum dla Dzieci nie odmówiło nam pomocy.

17 lutego 2009 roku – tego dnia Dominiś poszedł dalej, sam. Puścił nasze dłonie, nie pytając nikogo o zdanie. Po długiej i zażartej walce z nami – wygrał, zadając ciosy, o których będziemy pamiętać, i rany, które będziemy odczuwać.

Pragnę podziękować wszystkim pracownikom WHD za okazaną nam pomoc, wsparcie i opiekę. Szczególnie Basi Ważny za to, że była tak wyjątkową „ciocią” dla naszego Skarbu i z każdą swoją wizytą przywoziła (zabierając po drodze) odrobinę szczęścia i radości. Podziękowania dla dr P. Zielińskiego, p. A. Falkowskiego, Mirki, Agnieszki Baranowskiej, p. Zosi Marnic (wspaniałej wolontariuszki) oraz wszystkich tych, których nie wymieniłam, i których nie mieliśmy okazji poznać.
Dziękujemy, że byliście z nami i wciąż jesteście.

Mama

Dominik chorował na encefalopatię
Pod opieką Warszawskiego Hospicjum
dla Dzieci był przez 245 dni.
Informator "Hospicjum", nr 48, czerwiec 2009