Kasia nauczyła nas cierpliwości, wrażliwości i pokory

Kasia nauczyła nas cierpliwości, wrażliwości i pokory

Nasza Kasia chorowała od 13.10.2006 r. Musiałabym napisać książkę, by opowiedzieć o wszystkim, co przeżyliśmy przez siedem lat jej leczenia. Od pierwszych objawów choroby do diagnozy (nowotwór złośliwy IV stopnia) upłynęło pięć miesięcy. Córka miała wtedy trzy latka, wspaniała kochana dziewczynka o rudo-kasztanowych włosach, piegach i zielonych oczach, niczym Ania z Zielonego Wzgórza. Czy powinniśmy mieć żal do pediatry, który nie potrafił na podstawie objawów stwierdzić, że choroba Kasi to coś poważnego i zlecić innych badań? Nie możemy tak myśleć, bo najwyraźniej tak musiało być. U większości dzieci pojawiających się na onkologii za późno postawiono diagnozę, a wiadomo, że przy nowotworze czas biegnie nieubłaganie i działa na niekorzyść chorego.

Nie pamiętam niczego z pierwszego dnia pobytu na onkologii w CZD. Człowiek w takiej sytuacji nie jest w stanie objąć rozumem tego, co się dzieje dookoła. Wchodzi tam z nadzieją, że to tylko na chwilę, że dziecko dostanie leki i wszystko będzie dobrze. Dopiero po pewnym czasie przebywania tam i rozmów z innymi rodzicami oraz z lekarzami dociera, że to nie będzie proste i potrzeba dużo sił do walki. Onkolodzy przez siedem lat robili wszystko, by ratować naszą Kasię. Kilka razy byliśmy o krok od zwycięstwa, ale za chwilę nowotwór powracał jeszcze silniejszy. Mimo to, córka nie poddawała się. Kiedy brakowało sił, potrafiła nas pocieszać, a przy tym uśmiechała się tak, że wracała nadzieja, która mobilizowała nas do dalszej walki. Nie ma sensu opisywać leczenia, bo chyba nie to jest teraz najważniejsze. Wszyscy musieliśmy pogodzić się z porażką. My rodzice i lekarze, bo dla nich to też jest wielka przegrana. Trzynastego lutego br. po kolejnych badaniach dowiedzieliśmy się, że nowotwór opanował cały organizm Kasi. Postanowiliśmy zakończyć leczenie i przejść pod opiekę hospicjum. Nie widzieliśmy dalszego sensu męczenia naszego dziecka jakąkolwiek terapią, bo każdą z nich przechodziła ciężko, z silnymi powikłaniami. Zadawaliśmy sobie pytanie, czy nie zrobiliśmy tego za późno i nie powinniśmy zrezygnować dużo wcześniej. Czasu nie da się cofnąć, a pytania – co by było gdyby – zawsze będą wracały.

Warszawskie Hospicjum dla Dzieci przejęło opiekę nad Kasią 14.02.2013 r. Na pierwszą wizytę przyjechał lekarz z pielęgniarką panią Jolą, która odtąd zajmowała się Kasią. Najtrudniejsze były pierwsze dwa tygodnie. W naszym domu bywało dużo nowych osób (lekarze, pielęgniarki, pracownicy socjalni, psycholog i ksiądz). My rodzice przyjęliśmy to ze spokojem, bo wiedzieliśmy, że wizyty pracowników WHD są konieczne, natomiast rodzeństwu Kasi było trudniej to zaakceptować. Czasem nawet ich to denerwowało, co było dla nas zrozumiałe. Dość szybko przyzwyczaili się do nowej sytuacji. Często uczestniczyli w wizytach i rozmowach o Kasi z pielęgniarkami i lekarzami.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z opieki WHD nad Kasią i całą naszą rodziną. Kiedy ich potrzebowaliśmy, służyli radą i pomocą w różnych sprawach. Zawsze mogliśmy do nich zadzwonić, jeśli coś się działo z Kasią lub jeśli czegoś potrzebowaliśmy. To wspaniali ludzie, którzy dają z siebie wszystko, by ich pacjenci nie cierpieli, a rodzina miała poczucie bezpieczeństwa. Wszystkim za to dziękujemy. Mamy wielkie szczęście, że wokół nas było tyle życzliwych osób. To nieprawdopodobne, że oni w jakiś sposób przeżywali to z nami.

Szkoła Podstawowa w Mrozach, do której Kasia chodziła, kiedy stan zdrowia jej na to pozwalał, jest instytucją, w której pracują wspaniali ludzie i uczą się cudowne, dobre dzieci. Jesteśmy wdzięczni za wszystko, co robili dla Kasi. Dyrekcja i nauczyciele, nawet panie, które dbają o czystość w szkole, pytały o stan zdrowia naszej córki. Jedna z nauczycielek pani Bożena Lipińska i wychowawczyni klasy Kasi – pani Danuta Król, odwiedzały ją często, by móc na nią choć przez chwilę popatrzeć. Ostatnio przyszła cała klasa, by choć przez chwilę ją zobaczyć. Dzieci czekały przed domem, jednak Kasia nie wyszła, ponieważ była po podaniu morfiny. To było cudowne i aż się łza kręciła się w oku. Nie mam słów, by im za to podziękować.

Kiedy nadchodziły wieczory i zostawaliśmy sami z Kasią, nasuwało się wiele pytań. Czy mogliśmy wcześniej przejść pod opiekę Hospicjum i może dać jej szanse na dłuższe życie? Nie ma dobrej odpowiedzi. Każdy rodzic walczy o swoje dziecko do końca i wierzy, że coś jeszcze da się zrobić, może zmiana chemioterapii na inną spowoduje poprawę. Żadne z nas nie jest w stanie stwierdzić, czy podjęliśmy złą czy dobrą decyzję.

Pytaliśmy siebie nawzajem, jak sobie poradzimy, kiedy jej zabraknie, kiedy będzie musiała od nas odejść i zostawi nas w żalu i rozpaczy. Jak przygotować się na taką chwilę? Przecież ona była dla nas wszystkim. Siedem lat trwania z nią w chorobie, siedem lat wyjętych z życiorysu i tylko szpital – dom, dom – szpital. Takie życie stało się naszą codziennością i w pewnym sensie, było czymś naturalnym. Jak żyć, gdy nagle wszystko straciło sens? Czy będziemy umieli wrócić do normalności? Jak nasze pozostałe dzieci sobie poradzą? Dlaczego nasze dziecko zachorowało na coś tak okropnego? Podobno nic nie dzieje się bez przyczyny. Kiedyś usłyszałam takie słowa: „Nasze chore dzieci swym cierpieniem zbawiają świat".

Dzięki chorobie Kasi poznaliśmy wielu wspaniałych ludzi oraz nauczyliśmy się pokonywać przeszkody i radzić sobie w trudnych sytuacjach. Kasia nauczyła nas cierpliwości, wrażliwości i pokory. Pokazała, jak można cieszyć się z prostych rzeczy, i uświadomiła, że życie jednak jest cudem.

Każda spędzona z nią chwila była darem, a każdy jej uśmiech – uśmiechem anioła.

Aneta Wójcicka – Mama Kasi
Kasia zmarła 2 maja 2013 r.
Pod opieką Warszawskiego
Hospicjumdla Dzieci była 77 dni

 

Informator "Hospicjum", nr 64, czerwiec 2013 r.