Błogosławiony czas

Błogosławiony czas

„To co się zdarzyło nam

To pachnący chlebem dom
Z roześmianą buzią twą”

Kilkanaście miesięcy choroby Ani nauczyło nas wielu rzeczy. Jedna z nich to – nie planować. W marcu 2005 roku życie naszej rodziny wywróciło się do góry nogami. Nasza córeczka Ania zachorowała – lekarze, którzy postawili diagnozę, już wtedy nie dawali nam żadnej nadziei – nowotwór złośliwy nerki. Jeszcze przez wiele miesięcy walczyliśmy – chemioterapia w Centrum Zdrowia Dziecka, wizyty u bioenergoterapeutów, szukanie cudownej terapii czy leku, który by coś zmienił, zadziałał...

W styczniu 2006 roku zostaliśmy niejako zmuszeni do przejścia pod opiekę Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci. To była trudna decyzja. Już samo słowo „hospicjum” nas przerażało. Dziś – z perspektywy miesięcy – nie żałujemy tej decyzji, może tylko tego, że zdecydowaliśmy się na to tak późno... 

Ostatnie pół roku było czasem walki już nie z chorobą, ale z bólem. Dzięki pomocy Hospicjum Ania – pomimo ciągle rozwijającej się choroby – mogła normalnie funkcjonować: biegała razem z nami do teatru, kina, do restauracji, na zakupy... 

Nie planowaliśmy niczego... Nie mogliśmy planować. Trudno było przewidzieć, co będzie za tydzień, za miesiąc, trudno było nawet przewidzieć, co będzie jutro... Ale staraliśmy się żyć normalnie. Wtedy, gdy Ania czuła się lepiej, życie toczyło się swoim torem. Po trudnym roku szkolnym (Ania skończyła VI klasę z wyróżnieniem i zdała bardzo dobrze egzaminy kończące szkołę podstawową) zaczęliśmy myśleć o wakacjach. To też było trudne. Ania – choć nie chcieliśmy tego widzieć – była coraz słabsza, miała coraz mniej siły na walkę z chorobą. Znowu pomocni okazali się pracownicy Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci – pomogli załatwić 2-miesięczny urlop dla taty Ani. Spełnili też Jej kolejne marzenie – pobyt na wczasach w ośrodku Rusałka nad jeziorem Narty koło Szczytna. Ania była już tam w roku ubiegłym. Bardzo się Jej tam podobało. Spokój, cisza – jezioro i drzewa, które rosły tuż za oknem. Dzięki pomocy Hospicjum, pomocy Wujka Artura i Cioci Basi – mogliśmy z całą rodziną pojechać na początku lipca w to piękne miejsce. 

Był to czas dla nas błogosławiony – byliśmy tam wszyscy razem – rodzina, która od tylu miesięcy była rozdzielona. Choroba Ani sprawiła, że ciągle byliśmy „na walizkach”: nasz dom był w Mławie, tymczasowo mieszkaliśmy w Warszawie, a Szymon, 7-letni brat Ani, był pod opieką dziadka i babci w Przasnyszu. Dwa tygodnie nad jeziorem Narty sprawiły, że znowu mogliśmy być RAZEM. 

Ania czuła się dobrze – dużo odpoczywała leżąc na leżaku wśród drzew albo nad brzegiem jeziora. Spacerowała po lesie. Miała siłę, aby bawić się z młodszym bratem i kuzynami, którzy mieszkali w domku obok. Odwiedzali nas też dziadkowie i babcie, ciocie i wujkowie, nasi i Ani przyjaciele. Mogliśmy zwiedzać najbliższą okolicę. Ania lubiła Mikołajki – pojechaliśmy tam z Nią. Mogła jeszcze raz zobaczyć żaglówki i zjeść rybkę w restauracji. Cały czas, także podczas naszych wakacji, Ania przyjmowała leki i morfinę podawaną przez specjalną pompę – na tyle jednak małą i wygodną, że mieściła się w zgrabnej, modnej torebce, którą 

Ania sama sobie kupiła i lubiła mieć zawsze przy sobie. 

Podczas pobytu nad jeziorem Narty byliśmy pod opieką hospicjum domowego w Olsztynie, ale nasza pielęgniarka Gosia z WHD odwiedzała nas też i tam. Ania bardzo ją lubiła i traktowała bardziej jak przyjaciółkę niż pielęgniarkę – dlatego jej wizyty sprawiały Ani dużą radość. 

Z wczasów wróciliśmy w środę, 12 lipca. W czwartek i piątek Ania słabła coraz bardziej... Odeszła w sobotę 15 lipca. 

Cały czas mamy wrażenie, że zebrała wszystkie siły, które jeszcze Jej pozostały, aby móc być w tamtym miejscu z nami. Jesteśmy szczęśliwi, że mogliśmy być z Nią w ciszy i spokoju, że mieliśmy ten czas dla siebie... 

Ania nauczyła nas cieszyć się z chwili. Tej, która JEST. To jedna z wielu cennych rzeczy, którą od Niej dostaliśmy w prezencie. Dziękujemy. 

Rodzice Ani Mrzygłód

Informator "Hospicjum", nr 38, grudzień 2006