Powołana do życia

Powołana do życia

Tosia urodziła się 24 listopada 2016 r. i była naszym szóstym dzieckiem. Jej starsze rodzeństwo to Matylda (14 l), Olaf (11 l), Julek (6 l) i Lenka (4 l). Między Lenką a Tosią jest jeszcze Anielka, którą Bóg wezwał do siebie w dziesiątym tygodniu ciąży. Z perspektywy czasu możemy powiedzieć, że tym wydarzeniem przygotował nas do jeszcze głębszego i trudniejszego doświadczenia.

Pierwsze badanie USG wskazywało, że Tosia może cierpieć na chorobę genetyczną. Bardzo się tym przejęliśmy. Lekarz sugerował badanie prenatalne, które mogłoby ostatecznie zweryfikować wstępną diagnozę, ale przyznał, że w przypadku choroby genetycznej i tak nie będzie można pomóc dziecku. Kilka dni później udaliśmy się na kolejne badanie USG do innej poradni. Wyniki tego badania bardzo nas uspokoiły. Pełni nadziei postanowiliśmy cierpliwie czekać na narodziny córki. Kolejne badania kontrolne, wynikające z kalendarza prowadzenia ciąży, nie wskazywały nieprawidłowości. Dopiero w trzecim trymestrze stwierdzono u dziecka niedobór masy ciała i wielowodzie.

Około miesiąca przed rozwiązaniem mama Tosi potknęła się i przewróciła na ulicy. Upadek był niegroźny (udało się podeprzeć na rękach), więc byliśmy spokojni o dziecko, ale nieustający ból stopy zmusił nas do szukania pomocy na ostrym dyżurze. Niestety nie udało się nam skonsultować z ortopedą i położnikiem w jednym szpitalu. Tego wieczora odwiedziliśmy w sumie cztery szpitale. Ostatnim z nich był właśnie Instytut, w którym pozostaliśmy do rozwiązania.

Tosia urodziła się z poważną wadą serca i zarośniętym przełykiem. Prosto z sali porodowej zabrano naszą córeczkę na oddział intensywnej terapii w Klinice Neonatologii i Intensywnej Terapii Noworodka. Na podstawie zdiagnozowanych dolegliwości i cech fizycznych Tosi lekarze podejrzewali u niej zespół Edwardsa. Kilka dni później wyniki badań potwierdziły tę diagnozę.

To było bardzo trudne doświadczenie. Czuliśmy się całkowicie bezradni. Trzymaliśmy się jedynie dzięki wsparciu modlitewnemu naszej wspólnoty przy parafii N.M.P. Matki Kościoła i wielu bliskich osób, które o to prosiliśmy. Zaprzyjaźniony kapłan powiedział nam, że nie wiemy ile czasu Tosia będzie z nami, ale na pewno została powołana do życia.

Tosia była pod opieką rzetelnych i oddanych swojej pracy specjalistów. Po ciężkiej operacji przełyku jej stan stabilizował się. Przez miesiąc byliśmy stałymi bywalcami oddziału. Mogliśmy przebywać z Tosią, pielęgnować ją i karmić. Niestety rodzeństwo nie mogło odwiedzić siostry. Często pytali o jej zdrowie i chcieli ją zobaczyć. Matylda uszyła dla Antosi króliczka, który towarzyszył jej w inkubatorze. Personel oddziału pozwalał, na ile to było możliwe w szpitalnych warunkach,  na tworzenie domowej atmosfery wokół swoich podopiecznych. Obserwując rekonwalescencję innych niemowląt i w nas tliła się nadzieja na wyzdrowienie córeczki. Modliliśmy się o cud. Na oddziale spotkaliśmy wiele życzliwych osób, wśród nich wspaniałego lekarza zajmującego się Tosią, Marcina Kalisiaka. Widział znacznie więcej niż my i delikatnie przygotowywał nas do tego co nieuniknione. Za jego namową zdecydowaliśmy się zabrać dziecko ze szpitala i przejść pod opiekę Fundacji Warszawskie Hospicjum dla Dzieci. Dopiero później doceniliśmy, jak ogromne miało to dla nas znaczenie.

Tosia mogła być w swoim domu i zapisać się w historii swojej rodziny. Jednak sam fakt współpracy z Hospicjum oznaczał dla nas koniec nadziei, koniec modlenia się o uzdrowienie. Po ludzku nie było szans od samego początku. Diagnoza o nieuleczalnej chorobie była jak wyrok, więc woleliśmy postawę nadziei. Woleliśmy wołać do Boga niż myśleć o śmierci. Tylko tak potrafiliśmy żyć.

Nasza córeczka przyjechała do domu dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia. Wszyscy ją zobaczyli i przywitali w rodzinie. Byliśmy razem w jednym miejscu, skończyło się spędzanie w szpitalu całych dni i zostawianie dzieci pod opieką babci. Wtedy czas się zatrzymał. W te Święta, inaczej niż zwykle, wszyscy przyjechali do nas: dziadkowie, ciocie, wujkowie. Z powodu Antosi mieliśmy też bardzo życzliwych i troskliwych gości z Hospicjum. Dzieci cieszyły się z licznych prezentów świątecznych. Wszyscy zostaliśmy objęci opieką – dostaliśmy cenne porady medyczne, psychologiczne, organizacyjne. Jednak najważniejszy dla nas był czas, jaki poświęcali nam pracownicy WHD. Zawsze gotowi do pomocy, cierpliwi i uczynni. Od pierwszego dnia czuliśmy ich ogromne wsparcie.

Tosia była z nami cztery dni. Cichutko odeszła na naszych rękach. To był szczególny dzień, święty, pełen żalu, smutku, ale też nieopisanego pokoju. Siedzieliśmy cały wieczór wokół naszej kruszynki, która leżała w kołysce. Rozmawialiśmy, modliliśmy się. Mówiliśmy dzieciom o niebie. Lena kołysała Tosię i nuciła refren piosenki z przedszkola. Olaf stwierdził, że Tosia wygląda, jakby się uśmiechała.

Trzy tygodnie po pogrzebie zostaliśmy zaproszeni na rekolekcje prowadzone przez franciszkanina, ojca Józefa Witko. Tak otworzył się nowy rozdział naszego życia – Pan Bóg zaczął nas uzdrawiać z nagromadzonego żalu. Na tych rekolekcjach oddaliśmy Bogu cały nasz smutek i cierpienie. W czasie modlitwy uwielbienia i błogosławieństwa rekolekcjonisty doświadczyliśmy wielkiej miłości Boga, Jego obecności i w tym jakby niezwykłej obecności Antosi.

Teraz nasze życie – to codzienne przywoływanie Tosi i Anieli podczas wieczornej modlitwy. To też zrobione przez Julka w szkole trzy laurki: dla mamy oraz dla Antosi i Anielki. To rozmowa z Leną w kuchni, gdy zapytała: „dlaczego Tosia jest w niebie, a nie z nami?”. Padła oczywista odpowiedź, że w niebie jej siostra jest zdrowa i na pewno szczęśliwa, a tu była chora. Wtedy poczuliśmy, że to jest odpowiedź, która przyszła do nas jakby z góry – Pan Bóg nas wysłuchał, uzdrowił Tosię, tyle że nie w naszej rzeczywistości.

Świadomość życia wiecznego naszej córki powraca do nas za każdym razem, gdy słyszymy słowa o Ojczyźnie Niebieskiej czy pieśni o niebie. Teraz Tosia pokazuje nam niebo, którego nie widać.

 

Urszula i Paweł Wojtyńscy
Tosia chorowała na zespół Edwardsa.
Warszawskie Hospicjum dla Dzieci opiekowało się dziewczynką 5 dni.

Informator „Hospicjum”, nr 82, grudzień 2017